Od dziecka za tatą, dziś za sterami wielkich maszyn. 26-latka woli pole od kuchni [VIDEO]
Entuzjazm to słowo, które jedynie w połowie oddaje energię, jaka bije z młodej rolniczki z miejscowości Szymaki na Mazowszu. Uśmiech z ust Renaty Drogosz, gdy ja odwiedzamy, praktycznie nie schodzi.
Od pierwszej lekcji u taty do pełnej profesji
Podczas opowiadania o gospodarstwie, chętnie sięga pamięcią do czasów, gdy była dzieckiem. To wtedy tak naprawdę stała się młodą rolniczką.
- Od zawsze wolałam towarzyszyć tacie w jego pracach polowych czy w oborze. Natomiast w ogóle nie pomagałam mamie w domu. Przyznaję się do tego, że nie lubię do tej pory ani gotować, ani nadmiernie zajmować się domem. Jedynie co, to przełamałam się z czasem, że trochę zaczął mnie cieszyć ogród. I w tym kierunku trochę teraz działam. Gdy byłam dzieckiem, tata, z racji obowiązków, nie miał dla mnie za dużo czasu. Gdy zrobił jeden krok, ja robiłam za nim dwa w podskokach. Ale zawsze byłam obecna przy nim w pracy i szczęśliwie jakoś tak zostało do dzisiaj - wspomina Renata.
Nauka przez obserwację oraz pierwsze doświadczenia procentują do dziś. Młoda rolniczka obecnie obsługuje wszystkie maszyny w gospodarstwie. Prasowanie słomy czy zwożenie bel ciągnikiem z podczepionymi dwoma przyczepami nie stanowi dla niej żadnego problemu. Zdarza się jej także wsiąść i do kombajnu.
- Tata zawsze namawiał mnie do nauki obsługi maszyn. Przekonywał, by pokonywać lęki. Mówił: „wsiadaj i jedź”. Ja: „tato, ale ja nie…”. „Wsiadaj!”. No i wsiadałam za kółko i trenowałam. Tata zawsze powtarzał, że wszystko da się zrobić, tylko potrzebna jest cierpliwość, żeby się tego nauczyć - opowiada 26-latka.
Zresztą, jak dalej mówi, w jej rodzinie kobiety od pokoleń jeździły ciągnikami.
- Moja mama również jeździła traktorami. Babcia tak samo, także to nie jest nic nowego, jedynie forma się zmieniła – stwierdza.
Premia dla młodego rolnika i własne grunty
Formalnie rolniczką Renata Drogosz została w 2019 roku. To właśnie wtedy zawnioskowała o premię dla młodego rolnika. Obecnie posiada 40 hektarów. A rodzinnie, wspólnie z rodzicami i bratem - gospodarują na 250 hektarach, z czego 50 ha to dzierżawie.
Bydło mleczne w dobrostanie
Oprócz produkcji roślinnej, Drogoszowie zajmują się także hodowlą krów mlecznych. Aktualnie stado liczy 100 sztuk, w tym 60 krów dojnych, które utrzymywane jest w oborze wolnostanowiskowej z zachowaniem reguł dobrostanu. Krowy mają zapewnioną większą powierzchnię bytową.
- Ta obora powstała około 20 lat temu. Jako dziecko biegałam sobie po tych wygrodzeniach, kiedy one się dopiero tworzyły. Jest to system wolnostanowiskowy, sprawdza nam się to. Nie wyobrażam sobie innego sposobu utrzymania bydła. Legowiska są na ściółce - jest to glina zmieszana z piaskiem, także są ciepłe, to nie jest to samo, co beton, dlatego sztuki, jak widać, chętnie na nie wchodzą – opowiada Renata.
Drogoszowie na tyle zmechanizowali gospodarstwo, że nieobecność jednej osoby nie powoduje trudności dla pozostałych w wykonaniu wszystkich czynności w obsłudze zwierząt.
- Taki system pozwala na to, że jesteśmy w stanie wzajemnie się zastępować - tłumaczy Renata.
Renata może zastąpić rodziców i brata w każdej czynności w gospodarstwie
Pytamy o jej obowiązki w gospodarstwie.
- Gdy byłam młodsza, chodzi mi o czasy podstawówki czy gimnazjum, zadania, które na mnie spoczywały nie były jakoś wygórowane, nie przerastały moich kompetencji. Z czasem ten zakres się zdecydowanie powiększył. W tym momencie jestem w stanie w jakiś sposób zastąpić rodziców czy brata w kwestii dojenia, codziennej obsługi zwierząt czy prac polowych - tłumaczy.
Mocne ciągniki w parku maszynowym
W parku maszynowym Drogoszów stacjonują przede wszystkim ciągniki marki New Holland.
- Wybór tej marki związany jest głównie z bliskości serwisu, wieloletniej dobrej współpracy i też pewnie przyzwyczajenia. Mamy też ciągniki, takie jak Case, Ursus czy Pronar, ale wykonują one drobne prace wokół gospodarstwa. Z prac polowych zostały wykluczone - opowiada młoda rolniczka.
Coraz więcej obowiązków związanych z papierologią
Każdy dzień w gospodarstwie w Szymakach wygląda niemalże identycznie: dój, czyszczenie legowisk, odpajanie cieląt, mycie hali, ścielenie i przerwa na śniadanie, podczas którego rodzinnie Drogoszowie ustalają dalszy plan dnia, omawiają także sprawy urzędowe.
A jest ich, zdaniem Renaty, coraz więcej. Gros zadań związanych z dokumentacją spadają właśnie na nią. Półżartem stwierdzamy, że musi to być dla niej najprzyjemniejsza część pracy w gospodarstwie.
- O nie! Trzeba to zrobić, więc to robię. Ale czasem szarpie nerwy. Myślę, że młodym to lepiej idzie z tego względu, że jesteśmy już tym pokoleniem, które wychowywało się z nowymi technologiami, dlatego na mnie spada często ten „miły” obowiązek - mówi rolniczka.
Dalsza część dnia, w zależności od pory roku, gospodarzom upływa na pracy w polu lub wokół gospodarstwa. Wieczorem ma miejsce drugi w ciągu doby dój.
Studia na SGGW
Nie zawsze Renata ma możliwość uczestniczyć w tych pracach. Jako studentce Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego - spoczywają na niej również inne obowiązki. Jest już jednak, jak mówi z radością, na ostatnim roku.
– To jest mój ostatni semestr, więc tych zajęć nie mam już wiele. Jest to bardzo przyjemny semestr, serdecznie polecam - śmieje się Renata.
Co się jednak okazuje, SGGW nie była pierwszym wyborem młodej mieszkanki Szymak na kształcenie policealne. Nie było to też wcale rolnictwo, a… aktorstwo.
- Aktorstwo marzyło mi się od dawna. Przez pewien czas jeździłam na warsztaty do warszawskiego teatru Ochota. Potem wyjechałam na studia do Krakowa. Udało mi się dojść do drugiego etapu w rekrutacji do szkoły aktorskiej. Może na jakimś etapie zabrakło szczęścia, może determinacji. Nałożyło się to też z czasem pandemii i trochę te priorytety mi się zmieniły. W związku z tym, że ukończyłam liceum o profilu biologiczno - chemicznym, mogłam dalej kontynuować naukę w kierunku rolnictwa. I tak też ostatecznie się stało. Wybrałam SGGW - opowiada Renata.
Z czasów studiów aktorskich wspomina o sytuacji, która mocno pokazała, że płynie w niej krew rolnika.
- Z naszym najmocniejszym ciągnikiem, który mamy w gospodarstwie, jest związana taka jedna anegdotka. Gdy studiowałam w Krakowie, miałam swój rytm przyjazdów do domu. Ale gdy usłyszałam, że nowy sprzęt jest już w gospodarstwie, musiałam po prostu wrócić do domu i go zobaczyć. Gdy wróciłam, byłam zachwycona. Wiedziałam, że nie może mnie to ominąć. A koledzy z roku nie rozumieli, jak? po co? Jechać tyle kilometrów, żeby zobaczyć ciągnik? – opowiada rolniczka z Szymak.
Zainteresowanie rolnictwem wśród młodych
Na koniec naszego spotkania pytamy Renatę, czy wśród jej znajomych jest sporo osób, które wywodzą się z gospodarstw i chcą kontynuować pracę swoich rodziców?
- Takich znajomych jest niewielu. Są osoby, które wywodzą się z gospodarstw o mniejszym areale i rozumiem, że nie zajmują się rolnictwem już wcale lub tylko pobocznie. Jeśli jednak mówimy o osobach, które działały na troszkę większą skalę, to jak najbardziej są następcy. Uważam, że zainteresowanie i chęć młodych do pracy w rolnictwie dalej jest - stwierdza 26-latka.





























