"Skąd mamy ściągać cielęta?" Pryszczyca już wpływa na polską branżę [VIDEO]

W wywiadzie dla „Wieści Rolniczych” Tomasz Parzybut, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP odpowiada na pytania dotyczące wyzwań, przed którymi dziś stoi branża mięsna, zagrożeń związanych z pryszczycą oraz nieudolnej walki z ASF.
Dorota Andrzejewska: Panie prezesie, przed jakimi wyzwaniami w tej chwili stoi branża mięsna?
Tomasz Parzybut: Stoimy przed ogromem wyzwań. Mówimy o chronicznym kryzysie, ponieważ z jednej strony musimy radzić sobie z chorobami, o których jeszcze w zeszłym roku nie mówiliśmy w kontekście wołowiny. Mam na myśli chorobę niebieskiego języka. Jeszcze w zeszłym roku o tej porze, była ona w Niemczech, Belgii, Holandii, i Francji. Nie spodziewaliśmy się, że tak szybko dotrze do Polski, bo już w listopadzie pojawiło się pierwsze ognisko na terenie województwa dolnośląskiego. Mamy początek roku i już trzy ogniska, a tak naprawdę największa aktywność tej choroby występuje na wiosnę i latem. Obawiam się więc, że tak naprawdę cała Polska będzie taką jedną dużą strefą choroby niebieskiego języka. Na szczęście nie wpływa to na nasz handel wewnątrzwspólnotowy.
Problemy z zakupami cieląt do odchodu w związku z pryszczycą
U bram Polski jest też pryszczyca - jeszcze większe zagrożenie
Ona już niestety wpływa na nasze ceny, bo tak naprawdę skąd mamy ściągać cielęta? Skoro z Węgier, z Rumunii, ze Słowacji czy z Czech, skąd braliśmy przez lata, teraz nie możemy kupować. Oczywiście posiłkujemy się Litwą, Łotwą, Estonią, aczkolwiek są to niewielkie ilości.
Jest to choroba, która moje ogromne poruszenie. Co w przypadku kiedy pojawi się w Polsce?
Przyznam szczerze, że wolę nawet o tym nie myśleć. To jest najbardziej zjadliwa choroba spośród wszystkich. Przenosi się w powietrzu do 3 km, to są bardzo duże odległości. Obawiamy się jej. Chciałbym pochwalić działanie inspekcji weterynaryjnej nie tylko w zakresie informowania nas, jako branży o obecnej sytuacji, ale pod kątem tytanicznej pracy, jaką wykonują na granicy. Liczymy, że że będzie to równoznaczne także ze skutecznością. Co się stanie? Oczywiście wpłynie to absolutnie na nasz eksport i ceny. Mam nadzieję jednak, że do tego nie dojdzie.
Weterynaria działa nie tylko na granicy, ale również w gospodarstwach, gdzie odbywają się kontrole. Chodzi o gospodarstwa, które importowały cielaki ze Słowacji i Węgier.
To jest naturalne. Musi być kontrola. To nie jest absolutnie nic drożnego, że kontrolujemy, sprawdzamy ryzyko wystąpienia choroby. Tak trzeba postępować, trzeba kontrolować, sprawdzać, czy choćby w tym zarodku, nie daj Boże, nie nie została przeniesiona żadna choroba.
Najniższe pogłowie świń w powojennej Polsce
Jeszcze kilka miesięcy temu rolnicy, głównie producenci trzody chlewnej, apelowali o to, by zamknąć granice z Niemcami. Wtedy przetwórcy tłumaczyli, że tucznika nie ma na rynku. Czy rzeczywiście tak było?
Wydaje mi się, że ci, którzy o tym głośno mówili, nie mieli podstawowej elementarnej wiedzy dotyczącej prawodawstwa w Unii Europejskiej. To nie jest tak, że my sobie możemy zamykać i otwierać granice. Jesteśmy w Unii Europejskiej, musimy mieć tego świadomość. Sytuacja na rynku trzody nie jest absolutnie łatwa. Mamy najniższe pogłowie w powojennej historii Polski na poziomie 8,8 miliona tuczników. Mówimy o bardzo niewielkim pogłowiu i to jest oczywiście, że ogromny problem.
Można powiedzieć, że to jest porażka polityki rolnej Polski?
To jest porażka walki z ASF-em, bo to jest przede wszystkim tego efekt, ale to jest porażka legislacji. Znów odwołam się do Ministerstwa Klimatu i Środowiska, na zgody środowiskowe czeka się średnio 2-3 lata. To jak my się mamy rozwijać?
Jak widzi pan przyszłość produkcji trzody chlewnej w Polsce?
To jest szalenie trudne pytanie, bo my możemy sobie zakładać...
Ale możemy przypuszczać, że to po głowie będzie spadać?
Liczymy na to, że w najbliższym czasie powstanie strategia odbudowy pogłowia trzody chlewnej. Realnie będzie realizowana i wpłynie faktycznie na wzrost tego pogłowia. Strategia na przykład wołowa, która jest realizowana i skuteczna, przynosi efekty. Liczymy, że zatem również przyjdzie skuteczność w przypadku tej strategii.
Kiedy miałaby powstać?
Są rozmowy z ministerstwem rolnictwa. Myślę, że jest to pewnie kwestia roku.
Na zatrzymanie ASF-u nie ma woli ze strony ministerstwa środowiska
A co z walką z afrykańskim pomorem świń?
Radzimy sobie z nim mało skutecznie od 11 lat. Choroba teraz mocno weszła do województwa pomorskiego, gdzie tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zatrzymać choroby, a może jesteśmy, ale nie ma tak naprawdę woli ze strony Ministerstwa Klimatu i Środowiska na zdecydowane konkretne działania.
Państwo, jako przedstawiciele branży mięsnej, podejmujecie rozmowy z tym resortem w sprawie podjęcia konkretnych działań dotyczących zwalczania ASF-u?
Muszę z wielką przykrością powiedzieć, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska nie jest za bardzo zainteresowane rozmową z organizacjami mięsnymi. Już wielokrotnie próbowaliśmy kontaktować się z nimi. Zazwyczaj to są spotkania niskiego szczebla, gdzie tak naprawdę słyszymy od urzędnika, że on, jeśli minister mu czegoś nie zleci, to nie może nic zrobić. Pamiętajmy o szarych strefach: rezerwaty przyrody, parki, ale też wszystkie te tereny chronione. Jeśli tam już wejdzie ASF, to nie nie ma odstrzału dzików. Chciałbym, żeby ekolodzy, którzy bronią tego odstrzału, zobaczyli, jak cierpią dziki, jak cierpią te zwierzęta umierając na ASF. To jest ogromny problem, także gospodarczy.
Jak wygląda zatem w tych warunkach handel mięsem wieprzowym?
Kurczą nam się rynki. Stowarzyszenie Rzeźników i Wędliniarzy RP prowadzi program europejski, gdzie promujemy mięso na rynkach Japonii, Wietnamu, Singapuru. Próbujemy się ratować eksportem choćby do Wietnamu, to wychodzi nam całkiem dobrze. Dziś główne nasze rynki jednak, jeśli chodzi o wieprzowinę to są Czechy, Rumunia, Słowacja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone. Nie wysyłamy tam tyle, ile moglibyśmy wysyłać, gdybyśmy nie mieli problemu z ASF-em.
- Tagi:
- pryszczyca
- ASF
- niebieski języka