Żeby nie kusiło, sprzedał wszystkie pługi. Uprawia 300 ha w Wielkopolsce [VIDEO]
Analizujemy nie tylko stan roślin po zimie, ale też plany nawozowe i ochrony roślin, w których kluczową rolę odgrywają mikroelementy oraz dbałość o życie biologiczne gleby.
Od 7 do 300 ha
Wizyta w gospodarstwie rodziny Łukaszewskich w Potarzycy to podróż przez ponad stuletnią historię polskiego rolnictwa. Jak mówi rolnik, tradycja uprawy ziemi w tym miejscu jest niezwykle silna i sięga czasów, gdy Polska odzyskiwała podmiotowość. - Nasze gospodarstwo istnieje od 1909 roku. Mój pradziadek tutaj to kupił. W czasach, kiedy jeszcze byliśmy pod zaborami przed I wojną światową. Jestem czwartym pokoleniem, mój syn jest piątym, które tutaj pracuje - opowiada Piotr Łukaszewski. Przez te wszystkie dziesięciolecia gospodarstwo przeszło ogromną metamorfozę. Zaczynało się od skromnych 7 ha, by dziś stanowić nowoczesne przedsiębiorstwo o powierzchni powyżej 300 ha. Współczesny model biznesowy rodziny Łukaszewskich opiera się wyłącznie na produkcji roślinnej. - Mamy tylko produkcję roślinną, nie mamy hodowli. Uprawiamy głównie: rzepak, buraki, pszenicę i kukurydzę. Siejemy trochę pszenżyta, przede wszystkim na słabszych gruntach - tłumaczy nasz rozmówca.
Specyfika tutejszych pól wymaga od rolnika elastyczności. Ziemie w gminie Jarocin to bowiem klasyczny przykład polskiej mozaiki glebowej, gdzie parametry stanowiska potrafią zmienić się drastycznie na przestrzeni zaledwie kilku metrów. - Większość gruntów mamy III i IV klasy klasy bonitacyjnej, a więc średniej jakości. Występują też - oczywiście - “kawałki” V i VI klasy - wyjaśnia farmer. To właśnie ta zmienność oraz trudna charakterystyka części gruntów stały się impulsem do poszukiwania nowych metod uprawy.
17 lat bez pługa
Najważniejsza zmiana w technologii uprawy nastąpiła w 2009 roku. To wtedy zapadła decyzja o całkowitym przejściu na system bezorkowy. - Wówczas zakupiliśmy właśnie pierwsze: agregat, siewnik do tego siewu uproszczonego. W tym momencie też sprzedaliśmy wszystkie pługi, żeby nie kusiło, bo wiedzieliśmy, że będziemy działać w taki sposób - nie - inny - wspomina pan Piotr. Choć od tej decyzji mija właśnie 17 lat, zdaniem farmera, bilans korzyści jest jednoznacznie dodatni, choć nie zawsze objawia się tam, gdzie spodziewają się tego początkujący zwolennicy bezorki.
Według naszego rozmówcy, system ten nie musi drastycznie obniżać kosztów paliwa, ale jego największą wartością jest gigantyczna oszczędność czasu i energii. Ma to kluczowe znaczenie na glebach ciężkich, gliniastych. - Tradycyjna uprawa orkowa wymagała ogromnych nakładów energii, zwłaszcza na późniejsze “doprawianie” roli. Obecnie, dzięki technologii bezorkowej, wystarczy jeden przejazd agregatem do głębokiej uprawy i można od razu przystąpić do siewu. Pozwala nam to na ogromną oszczędność czasu - tłumaczy Piotr Łukaszewski. Co więcej, system bezpłużny rozwiązuje problem trudnych wschodów w suche lata. Jak mówi rolnik, w tradycyjnej uprawie po pługu często zostawały bryły, które utrudniały kiełkowanie, natomiast obecnie wschody są znacznie równiejsze i lepsze.
Piotr Łukaszewski podkreśla jednak, że bezorka to nie jest gotowy schemat, który można kupić wraz z maszyną. - To proces ciągłego uczenia się i reagowania na to, co dyktuje pogoda. Wciąż się tego uczymy i zbieramy nowe doświadczenia. Każdy sezon to inna lekcja, zwłaszcza w kontekście pogody. Przykładowo, przy bardzo mokrej jesieni tradycyjna orka mogłaby sprawdzić się nieco lepiej, jednak w naszych warunkach nadmiar wody zdarza się niezwykle rzadko - zauważa nasz rozmówca. Zdaniem farmera, w systemie bezpłużnym rolnik musi wykazać się dużą intuicją, ponieważ metod „uproszczonych” jest wiele i każda musi być dopasowana do konkretnego pola i rośliny.
Strategia walki z chwastami
Wielu rolników obawia się, że rezygnacja z pługa spowoduje nadmierną kompensację chwastów. Doświadczenia z Potarzycy przeczą jednak tej tezie. Według naszego rozmówcy, kluczem do czystych pól jest rygorystyczne przestrzeganie płodozmianu oraz wykorzystanie metod mechanicznych w odpowiednich momentach. - Szczerze mówiąc, nie zauważyliśmy zwiększonej presji ze strony chwastów. Wynika to z faktu, że rygorystycznie przestrzegamy płodozmianu - ta sama roślina wraca na to samo pole nie częściej niż co 4-5 lat - wyjaśnia pan Piotr.
Zamiast polegać wyłącznie na herbicydach totalnych, rolnik stawia na kultywatory z gęsiostopkami. Jak mówi rolnik, starają się stosować jak najmniej glifosatu, używając go właściwie tylko wiosną przed siewem buraków, ponieważ brakuje innych skutecznych preparatów na chwasty jednoliścienne w tej uprawie. W pozostałych przypadkach walka z zachwaszczeniem opiera się na „nauce” wyniesionej od ekspertów. - W uprawie bezorkowej trzymam się kluczowej zasady, której nauczyłem się od dr. Grzegorza Wilczaka z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Gdy po zbiorach pole zaczyna się zielenić, wykonujemy płytką uprawę kultywatorem. Zależnie od potrzeb, zabieg ten powtarzamy dwa lub trzy razy, a dopiero na samym końcu wykonujemy uprawę głęboką - precyzuje Piotr Łukaszewski. Takie podejście pozwala nie tylko zwalczyć chwasty, na które - jak zauważa farmer - jeszcze “nie wymyślili odporności”, ale też przerwać parowanie wody i przyspieszyć mineralizację resztek.
Moc, która buduje terminowość
System bezorkowy, choć oszczędny czasowo, stawia wysokie wymagania przed parkiem maszynowym. Według naszego rozmówcy, to jedna z nielicznych wad tej technologii - konieczność posiadania bardzo mocnych ciągników. - System bezorkowy wymaga mocniejszych maszyn. Przykładowo, aby kultywator do głębokiej uprawy pokrywał przynajmniej szerokość ciągnika (czyli około 2,5-3 m), jednostka napędowa musi dysponować mocą minimum 150 koni mechanicznych - tłumaczy gospodarz. W gospodarstwie rodziny Łukaszewskich królują maszyny jednej marki. Obecnie bazują na trzech ciągnikach o mocy 150-200 KM, ale ostatnio syn pana Piotra - Bartosz - zdecydował się na zakup używanego, potężnego modelu o mocy 350 KM.
Jak mówi rolnik, ta inwestycja okazała się kluczowa podczas ostatniej, niezwykle wymagającej jesieni. - Dzięki nowemu systemowi znacznie przyspieszyliśmy prace jesienne. Poprzedni sezon był pod tym względem wyjątkowo wymagający - zmienna pogoda i częste opady zmuszały nas do pracy w bardzo krótkich oknach pogodowych. Musieliśmy działać błyskawicznie, by dotrzymać terminów agrotechnicznych - wspomina Piotr Łukaszewski. Większa moc pozwala nie tylko na szybszą pracę, ale także na głębsze spulchnienie gleby tam, gdzie jest to konieczne, co bezpośrednio przekłada się na lepszy rozwój systemów korzeniowych.
Stan rzepaku. Zdradliwe przedwiośnie
Podczas lustracji pól rzepaku, pan Piotr dokonał szczegółowej analizy przezimowania. Mimo że liście zewnętrzne nie wyglądają idealnie, ogólna kondycja plantacji jest satysfakcjonująca. - Na ten moment oceniam przezimowanie rzepaku jako dobre. Widoczne uszkodzenia liści mają charakter mrozowy i są nieodwracalne, jednak nie wpływa to na ogólną kondycję rośliny. Najważniejsze, że zarówno stożek wzrostu, jak i system korzeniowy pozostają w bardzo dobrym stanie - ocenia gospodarz. Rolnik z dużą pokorą podchodzi jednak do marcowej aury, przypominając, że prawdziwym sprawdzianem dla rzepaku nie jest mroźna zima, lecz zdradliwe przedwiośnie.
Według naszego rozmówcy, najgroźniejszy scenariusz to gwałtowne ocieplenie, które pobudzi soki w roślinach, a następnie nagły spadek temperatury. - Prawdziwym wyzwaniem będzie moment ruszenia wegetacji. Gdy roślina puści soki i zacznie się intensywnie rozwijać, ewentualny spadek temperatury do -10°C może być bardzo groźny. Na ostateczne deklaracje, że rzepak w pełni przezimował, jest więc jeszcze za wcześnie - przestrzega farmer.
Pszenica: „Roślina musi się napić”
W najbliższych dniach priorytetem w Potarzycy będzie nawożenie azotowe. Jak mówi rolnik, rzepak potrzebuje dawki tego składnika pokarmowego bardzo szybko, by zbudować „fabrykę”, która przełoży się na plon. Jednak sam azot to nie wszystko. W gospodarstwie regularnie, co dwa lata, bada się zasobność gleb. - Największym wyzwaniem w kwestii zasobności gleby pozostają u nas niedobory siarki i magnezu. Mimo dotychczasowego stosowania nawozów zawierających te pierwiastki, ich poziom wciąż jest niewystarczający. Obecnie korygujemy nawożenie, stosując te same produkty, ale w zwiększonych dawkach, aby skutecznie uzupełnić deficyty - wyjaśnia gospodarz. Na plantacje trafi m.in. granulowany nawóz azotowo-siarkowy (26-30% N, 13-32,5%) który ma uzupełnić deficyty siarki.
Kluczowym elementem strategii nawożenia jest również dokarmianie dolistne plantacji mikroelementami, ze szczególnym uwzględnieniem boru. - Kluczowym mikroelementem w naszej technologii jest bor. Zabieg dokarmiania dolistnego wykonujemy wiosną, ale o odpowiednią podaż tego pierwiastka zadbaliśmy też już jesienią. Dzięki temu rzepak jest obecnie w bardzo dobrej kondycji i ma zapewnione optymalne warunki do startu wegetacji - potwierdza Piotr Łukaszewski. Rolnik stosuje gotowe “miksy” mikroelementowe, które podaje tak wcześnie, jak to możliwe. Zdaniem farmera, kluczowe jest, by podawać je na zielone, aktywne liście, unikając mieszania ich z fungicydami w późniejszych fazach, co mogłoby działać fitotoksycznie.
Jeśli chodzi o biostymulatory, rolnik zachowuje zdrowy rozsądek: - Moim zdaniem stosowanie biostymulatorów jest uzasadnione głównie w warunkach silnego stresu dla roślin. W przypadku normalnego, bezstresowego przebiegu wegetacji nasze doświadczenia pokazują co innego - wielokrotnie testowaliśmy te rozwiązania i nie zauważyliśmy wymiernych efektów, które uzasadniałyby ich koszt.
Pszenica ozima i życie biologiczne gleby
Równie ważnym punktem wizyty była ocena pszenicy ozimej. Rośliny przetrwały zimę w dobrej kondycji, wykazując około trzech rozkrzewień z jednego ziarniaka. W pszenicy, podobnie jak w rzepaku, panuje pełna gotowość do startu z nawożeniem. - Pamiętajmy o złotej zasadzie: roślina nigdy nie “naje się” nawozu, ona musi go “wypić”. Bez odpowiedniej ilości wody w glebie roślina nie jest w stanie efektywnie pobrać zaaplikowanego azotu - przypomina pan Piotr, cytując naukę profesora Witolda Szczepaniaka.
Na polu pszenicy, uprawianym bezorkowo od 17 lat, rolnik zwraca uwagę na fenomenalny rozkład materii organicznej. Zdaniem farmera, to zasługa utrzymywania resztek w tlenowej warstwie gleby. - Jeżeli resztki pożniwne zostaną przykryte zbyt głęboko, odcinamy dostęp tlenu, co zamiast pożądanej mineralizacji powoduje procesy gnicia i butwienia. Dlatego kluczowe jest utrzymanie masy organicznej w wierzchniej warstwie (ok. 10 cm). Dzięki wysokiej zawartości tlenu mineralizacja przebiega tam znacznie szybciej i efektywniej - tłumaczy Piotr Łukaszewski. Według naszego rozmówcy, gleba musi być aktywna biologicznie, by dżdżownice i pożyteczne bakterie mogły przetwarzać słomę na dostępne dla roślin składniki mineralne, takie jak potas.
W planach ochrony pszenicy przewidziano zabiegi fungicydowe oraz regulację wzrostu w fazie pierwszego kolanka. - Stosujemy precyzyjnie dobrane dawki regulatorów wzrostu, aby utrzymać łan w optymalnej kondycji. Dzięki temu uzyskujemy znacznie wyższą jakość parametrów, co zazwyczaj przekłada się również na lepsze plonowanie - wyjaśnia gospodarz. W kwestii chwastów, po jesiennym uderzeniu w miotłę zbożową, wiosną planowana jest korekta na chwasty dwuliścienne.
- Tagi:
- przezimowanie
- oziminy



























