Oto najnowszy ciągnik John Deere. Jego sekret tkwi w napędzie [VIDEO]
Coraz więcej marek ma w ofercie maszyny o elektrycznym napędzie. Swój flagowy model zaprezentowała podczas ostatnich targów Agritechnika marka John Deere.
ZOBACZ WIDEO:
Elektryczny ciągnik John Deere
Co konkretnie kryje się pod maską elektrycznego ciągnika John Deere? Odpowiedź może zaskoczyć tradycjonalistów: kryje się tam przede wszystkim... prostota.
Jak mówił nam na miejscu ekspert z John Deere, główną ideą przyświecającą inżynierom amerykańskiej marki nie była tylko ekologia, ale także niezawodność wynikająca z uproszczenia konstrukcji.
W tradycyjnym ciągniku mamy skomplikowany silnik spalinowy, skrzynię biegów i setki ruchomych elementów. Tutaj filozofia jest inna.
- Chodzi o to przede wszystkim, żeby zminimalizować ilość części mechanicznych, które tak naprawdę mogą ulec uszkodzeniu w trakcie eksploatacji - wyjaśnia Kamil Walkiewicz, ekspert John Deere.
Zamiast jednego bloku silnika, sercem maszyny jest pakiet pięciu baterii, każda o pojemności 39 kWh. Sumarycznie daje to imponujący wynik 195 kWh. To właśnie ten magazyn energii napędza całą maszynerię.
Nowy elektryczny ciągnik John Deere
To, co wyróżnia tę konstrukcję na tle innych to architektura napędu. John Deere nie poszedł na skróty. W maszynie nie znajdziemy jednej jednostki, która musi "obsłużyć" wszystko. Zastosowano tu niezależne jednostki napędowe.
- Mamy osobny silnik na tylny wałek WOM oraz na hydraulikę – tłumaczy Kamil Walkiewicz. – Nie mamy tutaj 130 koni, które dzielimy na jazdę, na układ hydrauliczny czy też na WOM. Mamy tutaj niezależne silniki, z których każdy ma swoją dostępną moc.
Dzięki temu praca ładowaczem czy korzystanie z wymagającego osprzętu nie "dusi" ciągnika podczas jazdy, co bezpośrednio przekłada się na wydajność.
Elektryczny ciągnik John Deere. Ile to pojeździ na jednym ładowaniu?
To pierwsze pytanie, jakie zadaje każdy rolnik widzący elektryka: "Na ile starczy baterii?". Odpowiedź, jak to w rolnictwie bywa, brzmi: "to zależy".
Inne zapotrzebowanie na energię ma lekka praca z talerzówką na płytkiej głębokości, a zupełnie inne głęboka orka, która wyciska z maszyny siódme poty.
Producent celuje jednak w standard, który ma pozwolić na normalne funkcjonowanie gospodarstwa.
- Idea jest taka, aby ten pakiet baterii wystarczył na jeden dzień, na ośmiogodzinną zmianę - zapewnia ekspert John Deere
Brak spalin w tej maszynie to kluczowy atut m.in. w sadownictwie i uprawach specjalistycznych.
To jednak nie koniec zastosowań. Maszyna idealnie wpisuje się w profil gospodarstw hodowlanych. Tradycyjny diesel oznacza hałas i dym. Elektryk to cisza i czyste powietrze dla zwierząt i operatora. Co więcej, specyfika pracy w takich gospodarstwach (np. dwie godziny rano, dwie wieczorem) pozwala na wygodne doładowywanie maszyny w ciągu dnia.
John Deere pomyślał także o elastyczności. Rolnik nie musi kupować "kota w worku" w jednej konfiguracji. Możliwe jest dobranie mniejszego pakietu baterii (co obniży cenę zakupu) oraz szerokości osi - od wąskich do winnic, po standardowe na pole.
A co z kosztami utrzymania? Tutaj elektryk punktuje. Brak wymian olejów silnikowych, filtrów paliwa i skomplikowanych napraw mechanicznych to zauważalne kwestie dla portfela.
- Serwis jest tańszy, bo przede wszystkim prostszy. Prościej jest znaleźć np. konkretną usterkę elektryczną niż np. usterkę w hydraulicy - komentuje Kamil Walkiewicz.
Czy zielone (tutaj akurat dosłownie i w przeności) ciągniki na prąd staną się codziennością polskiej wsi? Jedno jest pewne: zainteresowanie podczas targów było ogromne, a technologia wydaje się z każdym rokiem dojrzewać - także w świadomości samych rolników.





























