Gigant rolniczy pakuje walizki i przenosi się w części do Azji. Koszty są tam znacznie mniejsze
Niemiecki dziennik „Die Welt” opublikował niedawno artykuł pt. "Druga fala wycofywania się BASF z Niemiec nadchodzi". Jak donoszą media u naszych zachodniach sąsiadów, koncern BASF, który przesuwał ciężar produkcji z Europy do innych regionów globu, uderza właśnie w działy dotychczas uważane za bezpieczne.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Przenosiny części BASF. Od taśm produkcyjnych po biurka. Indie nowym centrum dowodzenia?
Do tej pory ucieczka przemysłu kojarzyła się głównie z zamykaniem energochłonnych instalacji. Sektor rolniczy odczuł to niedawno, gdy BASF ogłosił wstrzymanie w Niemczech produkcji ważnej substancji czynnej - glufosynatu amonu, a równolegle pompował miliardy w gigantyczny kompleks produkcyjny w chińskim Zhanjiang. Jak donosza niemieckie media - to była jednak dopiero pierwsza faza optymalizacji kosztów.
Teraz - jak punktuje "Die Welt" - mamy do czynienia z "drugą falą ewakuacji". Tym razem cięcia nie uderzają w fabryki - koncern zdecydował, że stworzy potężny, globalny Hub w Indiach, gdzie przeniesiony zostanie cały obszar tzw. "Global Business Services", czyli Globalnych Usług Biznesowych). Co więcej, jeszcze w styczniu firma zapowiedziała otwarcie tam specjalnego Digital Hub dla usług cyfrowych.
Jak zauważają niemieckie media, w tle jest ponadto podpisana niedawno umowa handlowa pomiędzy Unią Europejską a Indiami.
Dla Niemiec oznacza to utratę setek, a docelowo prawdopodobnie tysięcy miejsc pracy. Najpotężniejszy cios spada na stolicę. W samym Berlinie w zagrożonym dziale zatrudnionych jest około 2.800 osób. Cały proces relokacji do Indii ma być realizowany etapami i zakończyć się do 2028 roku.
Niemieckie media informują, że choć wymuszone zwolnienia z przyczyn operacyjnych w głównym zakładzie w Ludwigshafen zostały oficjalnie wykluczone do 2028 roku, to ciężar cięć w widoczny sposób przeniósł się na biura i administrację.
Zarząd oficjalnie tłumaczy ten radykalny krok chęcią stworzenia "bardziej elastycznej i celowej organizacji" oraz koniecznością "znacznego zwiększenia efektywności kosztowej". Przekładając ten korporacyjny żargon na realia: prowadzenie biznesu w Niemczech po prostu przestało się opłacać. Słaby popyt, spadek cen, a z drugiej strony potężne obciążenia związane z unijną biurokracją oraz astronomicznymi cenami energii sprawiają, że rachunek ekonomiczny wymusił ewakuację - w poszukiwaniu tańszych rozwiązań.
Decyzja BASF wywołała za Odrą istne trzęsienie ziemi. Związki zawodowe są wściekłe, a sytuację nazywają wprost nieodpowiedzialną. Według niemieckich mediów - wprost grożą całkowitym zerwaniem układów zbiorowych.
Sprawa jest na tyle poważna, że otarła się o najwyższe szczeble berlińskiej polityki. Burmistrz Berlina miał wyrazić głębokie zaniepokojenie sytuacją i zażądać od kierownictwa BASF "pełnej transparentności w przedstawianiu dalszych planów oraz zagwarantowania rozwiązań, które będą społecznie odpowiedzialne i znośne dla zwalnianej załogi".




























