Murawiec: Warszawa nadal na celowniku rolników. Policja łamała prawo podczas protestu
Jak organizatorzy piątkowego protestu rolników oceniają jego przebieg? Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się kolejnych zrywów? Jak rolnicy odbierają podejście przedstawicieli władz – z różnych opcji politycznych - do strajkujących? Czy temat umowy z Mercosur odpuszczają, skoro jej podpisanie jest już przesądzone? Te pytania zadajemy Damianowi Murawcowi, głównemu koordynatorowi piątkowego wielkiego protestu w Warszawie – rolnikowi z okolic Elbląga, który związany jest z Oddolnym Ogólnopolskim Protestem Rolników.
10 tysięcy uczestników wielkiego rolniczego protestu w Warszawie
Ilu było uczestników piątkowego protestu?
W samym przemarszu uczestniczyło 10 tysięcy osób. Taką informację otrzymaliśmy od dowódcy zabezpieczenia.
Liczyliście, że w Warszawie na demonstracji pojawi się tyle osób?
Spodziewaliśmy się, że przyjedzie minimum 5 tysięcy rolników. Dlatego jesteśmy zadowoleni z frekwencji.
Rolnicy licznie zapowiadali także przyjazd do stolicy ciągnikami. Ile traktorów ostatecznie dotarło?
We wszystkich punktach zbiórki łącznie było 250 ciągników.
Duch walki w rolnikach ponownie narasta
Byłeś jednym z głównym koordynatorów tej ogromnej akcji. Jakie pierwsze przemyślenia nasunęły ci się tuż po wydarzeniu?
Ten protest pokazuje, że rzeczywiście rolnicy potrafią się zjednoczyć. Ewidentnie, po fali protestów z 2024 roku, po którym, trzeba przyznać to jasno, politykom udało się porozbijać rolników na różne sposoby, widać, że ten duch z powrotem narasta. Zaskoczyło mnie natomiast podejście - do nas rolników - samego miasta.
Chodzi ci o to, że nie pozwolili wam wjechać od centrum ciągnikami?
Nie tylko. Doszło do większej ilości wydarzeń, które były pokłosiem negatywnych działań ze strony czy to Stołecznego Centrum Bezpieczeństwa czy samej policji. Zaczęło się od tego, że otrzymaliśmy opinię, z której wynikało, że Urząd Miasta Warszawa nie kwalifikuje zgłoszenia wjazdu ciągników jako zgromadzenia publicznego. Już w tym momencie zatem urząd przekroczył swoje kompetencje, bo nie wydał nam zakazu odbycia zgromadzenia, tylko zabawił się w sąd i zaczął sobie interpretować przepisy. A to przecież nie jest w kompetencji urzędu, stanowisko takie mógł wydać sąd po naszym odwołaniu, jeżeli urząd wydałby odpowiedni zakaz zgodnie z ustawą. A skoro urząd nie wydał nam takiego zakazu 96 godzin przed datą rozpoczęcia protestu, to z godnie z ustawą, powinien zabezpieczyć nam to zgromadzenie, wjazd ciągników. I na to liczyliśmy. Nawet w środę, czyli na 2 dni przed protestem, odbyło się spotkanie w Komendzie Stołecznej Policji z nami, jako z koordynatorami protestu, żeby ustalić pewne warunki, bo policja nie była pewna, jak tak de facto ten stan prawny wygląda. Sami wówczas brali pod uwagę, że będą musieli zabezpieczać nam wjazd do centrum.
Służby zniechęcały rolników do udziału w proteście?
Dlatego ciągniki ruszyły, ale utknęły na obrzeżach Warszawy.
Do samego końca nic nie było pewne. Dlatego rolnicy wyjechali od siebie traktorami dzień wcześniej, policja eskortowała każdą lawetę, wszystkie traktory. Otrzymywaliśmy mnóstwo telefonów, wypytywano nas ciągle, ile będzie ciągników, ile osób przyjedzie autokarami, jaka będzie frekwencja, a gdzie się zbieracie, a jak będziecie jechać… Był robiony pełen wywiad plus telefony zniechęcające nas z przekazami: „lepiej nie jedźcie, bo i tak was nie wpuścimy”.
To was jednak nie zatrzymało. W piątek Warszawa była naprawdę rolnicza.
W dzień protestu już od samego rana były problemy. Policja nie dotrzymała ustaleń, jeśli chodzi o udział furmanek w proteście. Grupa rolników, szczególnie z południa kraju, przygotowała właśnie taki element protestu, przywieźli na busach porozkręcane furmanki w liczbie około 20 sztuk. Było uzgodnione miejsce, w którym mają je złożyć. Oflagowane, z banerami miały być pchane przez uczestników protestu. Po to, by oddać jeszcze bardziej klimat typowo wiejski i wzmocnić przekaz. Gdy tylko chłopacy zaczęli rozładowywać elementy z busów, żeby zacząć je skręcać, policja powiedziała, że to są, cytuję: łatwopalne śmieci. Kazali wszystko ponownie zapakować do busów, które odeskortowali w miejsce z dala od centrum.
A co w tym czasie działo się na miejscach zbiórek ciągników? Na bieżąco informowaliście, że tam też było gorąco.
Policja niby nie traktowała tego, jak zgromadzenie, ale jej siły były potężnie przygotowane na każdym z punktów. Oprócz pojazdów oznakowanych było mnóstwo nieoznakowanych, zadysponowano także helikoptery, które brały udział w pościgach czy w śledzeniu ciągników. Zdarzały się sytuacje, w których funkcjonariusze zajeżdżali radiowozami drogi rolnikom. Do tego blokowali ciągnikom zjazdy nawet na stacje benzynowe.
Na profilu Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników pojawiło się nagranie, na którym widać ślady kół traktora na poboczu. A komentujący mówił o tym, że ciągnik musiał wjechać do rowu, bo drogę zajechała mu policja. Czy rzeczywiście dochodziło do aż tak niebezpiecznych zdarzeń?
To zdarzyło się na drodze, gdy ciągniki już wracały z protestu na południe kraju. Radiowóz zajechał drogę pierwszemu ciągnikowi prowadzącemu kolumnę, ten gwałtownie zahamował, a drugi już by nie zdążył, dlatego musiał wjechać w rów, żeby nie doprowadzić do wypadku. Tak właśnie drogę rolnikom policjanci zajeżdżali cały czas w dzień protestu. Utrudniali poruszanie się, nie pozwalali gdzieś skręcić, wjechać. Ewidentnie nie stosowali się do przepisów prawa.
Celowe utrudnienia i gra na zwłokę
Jak to postrzegacie? Chcieli wystraszyć was?
Oczywiście, to było jawne zastraszanie i zniechęcanie, żebyśmy sobie po prostu odpuścili. Tak było od samego rana do ostatnich minut protestu, gdy miało być rozkładane zielone miasteczko. Zgodnie z planem do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów weszła nasza delegacja. Nie spotkał się z nią wówczas ani minister Grabiec, ani premier Tusk. Jedynie pani z biura wyszła na hol i powiedziała, żeby na korytarzu zostawić postulaty. I to wszystko. Spontanicznie więc została podjęta decyzja, że członkowie tej delegacji zostaną i będą domagać się spotkania z premierem. A my, na zewnątrz, w formie wsparcia, na chodniku pod KPRM, będziemy rozkładać namioty. Utworzymy zielone miasteczko. Poinformowałem o tym przedstawicieli Stołecznego Centrum Bezpieczeństwa i policji. W tamtym momencie, gdy trwało zgromadzenie, gdy było jeszcze dużo ludzi, to nie było żadnych przeciwwskazań ze strony ani urzędnika, ani funkcjonariusza policji.
Zielone miasteczko jednak nie powstało.
Gdy rozwiązałem zgromadzenie i protestujący zaczęli się rozchodzić, została nas garstka osób, żeby właśnie porozkładać namioty. I wtedy zaczęły się problemy. Nie odblokowano w ogóle drogi czyli Alei Ujazdowskiej, ulicy Belwederskiej, czyli od KPRM-u na kilka kilometrów w jedną i w drugą stronę były zablokowane ulice, na których stało mnóstwo radiowozów. Nie pozwolono nawet, żeby jakiekolwiek auto wjechało do centrum, by zabrać materiały, które wykorzystywaliśmy w trakcie protestu. Grano na zwłokę i celowo przerzucano się odpowiedzialnością za decyzję, żebyśmy stali godzinami na mrozie i po prostu zniechęcili się.
Wówczas odpuściliście, ale, jak wynika z waszych deklaracji w sieci, to nie oznacza, że całkowicie rzuciliście rękawice.
Będziemy się odwoływać i będziemy skarżyć te decyzje, bo uważamy że podejmowane działania przez policję czy urząd miasta, przed i w trakcie protestu, były ponad prawem. Poza tym będziemy organizować kolejne manifestacje.
Powrócicie do tej formy, w której protesty odbywały się jednocześnie w różnych miejscach w Polsce?
Mamy różne plany, w tym ciągnikowe akcje. Na pewno też Warszawa jest na celowniku, żeby udowodnić, że po prostu bezprawnie się nam blokuje możliwość manifestacji.
Tego rolnicy oczekują od władz
Główny postulat podczas protestu to zablokowanie umowy z Mercosur. Nie udało się jednak tego osiągnąć. Jak dziś do tego się odnosicie?
Uważamy, że państwo polskie powinno wziąć teraz odpowiedzialność za skutki unijnych decyzji politycznych. Po pierwsze domagamy się pełnej transparentności, jeśli chodzi o poszczególne stanowiska przedstawiane przez nasz kraj w sprawie tej umowy. Nie oczekujemy jedynie informacji z doniesień medialnych, lecz potwierdzenia zajmowanych stanowisk przez poszczególnych polityków w dokumentach.
To znaczy, że nie do końca wierzycie zapewnieniom ministra Krajewskiego, który cały czas, jak mantrę, powtarza, że on, jak i cały polski rząd, przyjmowali negatywne stanowisko wobec umowy z Mercosur.
My chcemy poznać wszystkie stanowiska, jeżeli chodzi o przedstawicieli rządu czy parlamentu, bo przecież w rozmowach z politykami już od dawna słyszeliśmy, że zbudowanie mniejszości blokującej według nich było niemożliwe. Ale nie widzieliśmy z ich strony realnych działań, dlatego chcemy przyjrzeć się temu bardziej.
Czego jeszcze oczekujecie od ministra rolnictwa?
Domagamy się realnego zabezpieczenia importowanych towarów rolno-spożywczych do naszego kraju, czyli porządnej kontroli importu oraz mechanizmów przeciwdziałających destabilizacji cen płodów rolnych. Generalnie, jeżeli ciągle słyszymy ze strony rządu czy ministerstwa, że nie da się, bo to jest w gestii Unii Europejskiej, nie przyjmujemy tego wytłumaczenia. Uważamy, że w wielu kwestiach, na szczeblu krajowym, można zadziałać w taki sposób, by realnie zabezpieczyć interesy polskich rolników i konsumentów.
Rozgrywki PiS - PO w walce o względy rolników
Po proteście pojawia się wrażenie, że w rozgrywkach politycznych o względy rolnika wygrywało Prawo i Sprawiedliwość, prezydent Nawrocki zaprasza was do siebie, byli wiceministrowie rolnictwa Gembicka i Ciecióra rozgrzewają was ciepłą kawą. Z kolei nie spotyka się z wami ani minister rolnictwa Krajewski, o premierze Tusku już nie wspominając... Jak rolnicy to odbierają?
Ja, jak i wielu innych rolników, jesteśmy otwarci na kontakt z wszystkimi opcjami politycznymi, bez względu na upodobania. Stąd chcieliśmy się spotkać i zapytanie w tej sprawie wysłaliśmy do marszałka Sejmu i premiera. Marszałek Sejmu nie wyraził chęci na takie spotkanie. Ze strony Kancelarii Premiera był kontakt. Nie wiem, na którym etapie poszło coś nie tak, że po prostu finalnie nas nie przyjęto. Natomiast, jeśli chodzi o ministra rolnictwa, o tym, że nas zaprasza na piątek, godz. 8.30, otrzymaliśmy informację dopiero w czwartek, o godz. 17.00. To było niemożliwe do realizacji. I odpisaliśmy, że chętnie się spotkamy, tylko w innym terminie. Poprosiliśmy także o komunikaty o spotkaniach z czasowym wyprzedzeniem.
Wierzyliście w to, że spotkacie się z premierem Tuskiem?
Wiedzieliśmy, że na spotkanie z premierem może nie były jakieś wielkie szanse. Byliśmy jednak przekonani, że spotka się z nami Jan Grabiec, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Czujecie się zlekceważeni?
Niestety tak. Jeżeli spotkanie było umawiane, a finalnie nawet nie zostaliśmy poinformowani, że nikt się z nami nie spotka, to tak to można nazwać.
W rolnikach narasta frustracja
Pojawiają się czasem zdania, że działania protestacyjne polskich rolników powinny być ostrzejsze, takie, jakich dopuszczają się farmerzy w Brukseli czy Francji.
Frustracja wśród rolników narasta, dlatego możemy spodziewać się naprawdę różnych działań. I tutaj, robiąc zgłoszenia przejazdu ciągników na 9 stycznia, komunikowaliśmy też wprost przedstawicielom służb, że chcemy to zrobić legalnie i zgodnie z prawem. Przekonywaliśmy: „będziecie mieli ten przejazd ciągników kontrolowany, uporządkowany i będzie to o wiele łatwiejsze do zabezpieczenia”. Nie posłuchano nas, tylko robiono wszystko, żeby to się nie odbyło i trzeba też zadać jasne pytanie I na pewno będziemy publicznie takie pytanie zadawać, ile nasze państwo kosztowały te wszystkie akcje związane z blokowaniem wjazdu ciągników na protest 9 stycznia?
Byli rolnicy, którzy przyjechali traktorami i pokonali setki kilometrów, poświęcili swój czas, wykosztowali się na paliwo, mimo to nie udało im się wjechać do miasta. Czy nie mają poczucia, że te ich działania poszły na marne?
Nie żałują. To, czego rolnicy tam, na punktach zbiórki ze strony policji doświadczyli, powoduje, że są jeszcze większe deklaracje z ich strony, że jeśli po raz drugi taka akcja się odbędzie, ich determinacja będzie jeszcze większa. Wyczuwamy jeszcze większe bojowe nastawienie właśnie ze względu na zachowania funkcjonariuszy.
Wspomniałeś o narastającej frustracji. Czy przejawem takiego stanu był incydent, jaki miał miejsce z wylaniem gnojowicy w dniu protestu pod domem ministra Krajewskiego?
Absolutnie nie popieramy takiej formy protestu, żeby zastraszać rodzinę ministra i kierować do kogokolwiek groźby. Uważamy jednak, że takie zachowania mogą zdarzać się coraz częściej, gdyż wynikają one właśnie z frustracji obywateli w naszym kraju. Obserwujemy nieskuteczne działania polityków, którzy podejmują błędne decyzje i nie ponoszą za nie później w zasadzie żadnej odpowiedzialności. Ta wściekłość rośnie i koniec końców dochodzi do takich wydarzeń. A wiemy, że za poprzednich rządów politycy mieli już kupy gnoju pod domami wysypywane. Warto też dodać, że to wojenka między partiami politycznymi doprowadza tylko do tego, że nastroje w społeczeństwie są podburzane.




























